Pokaż wyniki od 1 do 5 z 5

Wątek: Artroskopia - kiedy nie można uciec przed operacją

  1. #1
    Niedorzecznik Prasowy Awatar vlk
    Dołączył
    Sep 2008
    Lokalizacja
    nie pamieta
    Postów
    1 683

    Artroskopia - kiedy nie można uciec przed operacją

    Czasem w życiu trenującego trafiają się kontuzje, jakich nie da się
    wyleczyć nawet najfajnieszymi tabletkami i kolorowymi pigułami i
    konieczna jest wizyta na sali operacyjnych. Jednym z częstszych
    zabiegów jaki przechodzą bywalcy siłowni jest artroskopia kolana.
    Zabieg uchodzi za mało inwazyjny i stosunkowo szybko można powrócić po
    nim do uprawiania sportu. Niestety jak niebawem się okazało "mało" i
    "szybko" to bardzo szerokie pojęcia.

    Problem

    W czasie głębokiego (pozdrawiam środkowym paluchem wszystkich, którzy
    twierdza ze takie przysiady pomagają kolanom) strzeliła mi łękotka.
    Badania wykazały, ze nie wytrzymała łękotka przyśrodkowa. Lekarze byli
    pewni, że pojawiła się na niej torbiel. Różnili się tylko co do tego
    czy są na niej świeże niewielki pęknięcia czy stare źle zagojone
    blizny.
    Kłopoty z kolanem miałem od dawna. Do siadów potrzebowałem
    coraz dłuższych rozgrzewek, żeby móc je normalnie wykonać. Po treningu
    czułem przeszywający ból w stawie, pojawiało się uczucie uciekającego
    kolana. Mimo to ćwiczyłem dalej. Do czasu. Teraz wszystko miała
    rozstrzygnąć artroskopia.



    zabieg wyglada tak. fotka za rehasport.pl

    Arrrrrrr? Wtf...?!?
    Artroskopia przeprowadzana jest albo pod narkozą, albo częściowym
    znieczuleniem. O tym co stanie się z pacjentem decyduje anestezjolog.
    Sam zabieg teoretycznie wygląda na prosty. Lekarz robi nacięcia o
    długości ok. 1 cm. Przez jeden z otworów wprowadza mikrokamerę. Drugim
    wsuwa narzędzia, którymi naprawia lub usuwa uszkodzone części łękotki.
    W ten sam sposób można przeprowadzać rekonstrukcję ACL i inne zabiegi. Zostańmy przy łękotce.
    - Stary ja też to miałem- zapewniał mnie znajomy lekarz. - Zrobili mi
    artoskopię rano, a wieczorem byłem już w pubie i piłem piwko -
    pocieszał. Znajomy na pewno nie kłamał. Nie wziął jedynie pod uwagę,
    że on pochodzi z kraju należącym do Wspólnoty Europejskiej od dawna i
    tamtejszym ludziom bliżej do cywilizacji niż nam. Ja na skórze
    sprawdziłem jak artroskopia jest przeprowadzana w polskich warunkach,
    w ramach świadczeń finansowanych przez Narodowy Fundusz Zdrowia.


    Dzień I

    O godz. 8 zgodnie z zaleceniami zameldowałem się w szpitalu. Po
    załatwieniu papierkowych formalności i spuszczeniu ze mnie połowy
    strzykawki krwi do badań wylądowałem na łóżku. Było już po szpitalnym
    śniadaniu. Więc nie załapałem się na "smakołyki" sponsorowane przez
    NFZ. W porze obiadu dowiedziałem się, że przysługuje mi tylko cienka
    zupka. Później do zabiegu nic nie jem. Pić mogę tylko wodę, ale też do
    północy. Dla osoby, która przywykła do jedzenia co 3 godziny zaczęły
    się tortury. Starałem się przede wszystkim spać i nie myśleć o żarciu.
    Udało się.


    Dzień II
    Przed godz. 10 zawieźli mnie na salę. Anestezjolog zdecydował się na
    znieczulenie w kręgosłup. Łaskawie przed zrobieniem zastrzyku podał mi
    do żyły jakiś ogłupiający środek. - To żeby się pan rozluźnił -
    powiedziała lekarka. Później kazała zrobić mi koci grzbiet. Zdążyłem
    tylko pomyśleć: "przecież na treningu tego się nie robi" i następna
    rzecz jaką pamiętam to chwilą jak przerzucali mnie sapiąc na stół
    operacyjny i znowu kimałem. Następne wybudzienie było mnie miłe.
    Słyszałem jak lekarz karze podać sobie wiertła, później rozległ się
    jakiś mechaniczny gwizd. I znowu kimałem. Ocknąłem się już na
    szpitalnym łóżku. Trafiłem na salę pooperacyjną. Nie czułem nóg i
    reszty siebie będącej poniżej pasa. Sprawdziłem, byłem w komplecie. Z
    nogi wystawała mi plastikowa rurka przyczepiona do jasnego
    plastikowego zbiorniczka, do którego miała spływać ropa czy krew
    sączące się z ran. Do końca pobytu w szpitalu nic tam nie kapało.
    Lekarz obsłużył mnie perfekcyjnie.
    Czucie wróciło mi po kilku godzinach. Lekarze zabronili mi wstawać z
    łóżka do końca dnia.

    Dzień III
    Dowiedziałem się wreszcie co mi zrobiono na artroskopii. Wycięto
    kawałek łękotki. To nie jedyne zmiany w kopycie. Stwierdzono pokaźną
    chondromalację II i III stopnia. Lekarz zdecydował się na wykonanie
    iluś tam nawierceń na kości. Teraz kość ma zagoić ładnie i przestać
    boleć. Dostałem też kule do zrobienia pierwszych kroków po zabiegu.
    Pokuśtykałem od razu tam gdzie król chodzi piechotą. Na więcej
    spacerów nie miałem siły. Pot lał się ze mnie jak po 30 min cardio.
    Przepotwornie bolała mnie opuchnięta noga, więc pokornie musiałem
    wrócić do łóżka. Z godziny na godzinę czułem się lepiej.

    Dzień IV
    Najcudowniejsze słowo tego roku to: "wypisujemy". Tak zadecydował
    ordynator i kilka godzin później byłem wolny. Niestety opuchnięta noga
    nadal bolała. Miałem kłopot z założeniem spodni, posadzeniem tyłka w
    samochodzie. Noga zginała się w bardzo niewielkim zakresie, a każdemu
    ruchowi towarzyszył ból.
    Dostałem zestaw leków. Pigułki to: reparil i dicloratio. Zestaw
    uzupełniło 10 strzykaweczek z clexane 40 - lek przeciw zakrzepowy.
    Przez 10 dni mam robić sobie sam zastrzyki w bandzioch.

    Dzień VII

    Kontrola u lekarza. Dalej chodzę z kulą. Ale nie ma już takiej
    opuchlizny i bolesności. Czuję się już lepiej a na 3 piętro dostaje
    się w ciągu minuty, a nie trzech jak było zaraz po wyjściu ze
    szpitala. Lekarz też był zadowolony ze swojej roboty. Niestety nadal
    mam zakaz chodzenia. Mam głównie leżeć. Jeśli nie dam organizmowi
    odpoczynku to wszystkie nawiercenie pójdą w diabły i kolano posypie
    się do końca.
    Dostałem też do wykonywania kilka prostych ćwiczeń. Przy każdym
    ortopeda powtarzał, ale "żadnych obciążeń, żadnych". Moja rozpiska
    treningowa składa się z uginań i napinań nóg. Wszystko po to, aby
    zapobiec utracie mięśni i wzmacniać te, które są, aby mogły utrzymywać
    w kupie całe kolano.


    Dzień XVII
    Jestem nadal na zwolnieniu lekarskim. Właśnie zdjęto mi szwy. Rany
    goją się dobrze, ale... Wreszcie miałem okazję pogadać z lekarzem o
    szczegółach zabiegu i powrotu do zdrowia. Na pytanie kiedy mogę zacząć
    robić przysiady zostałem trafiony salwą śmiechu. Mam zapomnieć o nawet
    najmniejszym obciążaniu kolan. Inaczej całe nawiercanie pójdzie w
    diabły i konieczne będą inne zabiegi. Szczegółów nie zapamiętałem, ale
    na pewno w jeden z głównych ról występowały śruby. Wystraszyłem się.
    Jedynym plusem całej sytuacji jest kolejne zwolnienie lekarskie. W
    pracy odpoczną ode mnie miesiąc.


    Dzień XXI
    Zaczynam rehabilitację. Chodzę na laser i pole magnetyczne. Nie zbyt
    wierzę w efekty, ale może miło się rozczaruję.





    Artroskopia

    plusy
    - szybko wypuszczają ze szpitala
    - dzięki pooperacyjnej opuchliźnie miałem łydkę jak najlepsi z Mr O.
    - zwolnienie lekarskie
    - szpitalna dieta rewelacyjnie redukuje
    minusy
    - zabiego może jest mało inwazyjny, ale odzyskanie pełnej sprawności
    zajmuje dużo czasu
    - zabieg jest także badaniem, nigdy nie wiadomo co w jego trakcie wyjdzie na jaw
    - konieczność rozbratu z prawdziwym treningiem[/QUOTE]

  2. Szukasz odpowiedniej odżywki?

  3. #2
    Moderator: mma Awatar delta
    Dołączył
    Sep 2008
    Lokalizacja
    Piekiełko
    Postów
    5 181
    Bardzo ładnie i czysto opisane. Wszystko co napisałeś mógłbym odnieść do mojego zabiegu. Wilk też pewnie znalazłby coś dla siebie. Co do szybkiego powrotu do zdrowia. Mi to zajęło kilka miesięcy od zabiegu. Dużo spotkań z Fizjoterapeutą i klika wizyt u lekarza by ściągnął płyn który zbierał się w kolanie.

  4. #3
    Niedorzecznik Prasowy Awatar vlk
    Dołączył
    Sep 2008
    Lokalizacja
    nie pamieta
    Postów
    1 683
    dzięki za dore słowo

    dzisiaj wróciłem z kolejnej wizyty

    dostalem skierowanie na laser x 30

    oraz jakis nowy srodek Structum - ponoc lek sprzedawany na recepte a z opisu jaki znalazlem w sieci jego skladnik to chondroityna znana z wielu supli...

  5. #4
    Widać każdy przypadek jest inny. Ja miałem usuwany fragment pękniętej łąkotki i jakieś tam ciała błony maziowej (co to było nie wiem, nieważne). Operacja w piątek, wyjęcie tej rury z kolana w poniedziałek Ból praktycznie jak ręką odjął. Potem tylko czułem to, że skórę miałem poranioną.

    W poniedziałek zacząłem też już chodzić bez kul, tzn. asekurowałem się tylko nimi, więc dość szybko zaczęły mi mięśnie z powrotem pracować. Tego samego dnia (poniedziałek) zacząłem rehabilitację ala "czary mary" (jakieś prądy, krioterapia, laser). Kupiłem również ortezę (taki stabilizator na kolano), żeby w wypadku picia nie przekroczyć przypadkiem zakresu ruchu i nie rozwalić sobie kolana.

    Rehabilitantka odradziła jakiekolwiek robienie przysiadów (jakaś młoda), więc zapytałem drugiego fizjo Młody koleś, widać że kumaty (chęć do pracy) kazał robić przysiady w takim zakresie ruchu jakim mogę i rozciągać mięśnie (niesamowicie mi się pościągały [miałem zakres ruchu koło 30*], bo przez 2 tygodnie przed operacją nie chodziłem (pęknięta łąkotka w moim przypadku oznaczała zablokowany staw). Po niecałych 2 tygodniach wrócił mi maksymalny zakres ruchu w kolanach, jak i z każdym następnym tygodniem wracałem do pełni sprawności. Inna sprawa, że rehabilitację trochę zaniedbałem, gdybym się przyłożył o wiele szybciej bym wrócił do jakiejś formy.

    Rehabilitacja ruchowa była we własnym zakresie wraz z konsultacją z fizjo.

    vlk: Co do uczucia "uciekającego kolana" to dziwne, bo pojawia się to po urazach więzadeł. Swoją drogą ciekawe jest, CO Ciebie bolało w kolanie. Łąkotka, jak i tkanka poniżej (tkanka chrzęstna szklista) nie są unerwione. Chyba że miałeś już staw zajechany do kości, ale to jakoś, wg mnie, mało prawdopodobne, bo byś musiał mieć wstawioną protezę.
    Ostatnio edytowane przez Spinaker ; 16-10-09 o 01:39

  6. #5
    EDIT:
    Oczywiście leki przeciwbólowe (tylko przez 3 dni brałem) i przeciwzakrzepowe też brałem.
    Co do minusów artroskopii...
    1) "zabieg jest także badaniem, nigdy nie wiadomo co w jego trakcie wyjdzie na jaw"
    Lepiej, żeby to wyszło podczas zabiegu, niż byś sobie miał skręcić nogę i pozrywać więzadła, bo miałeś zerwane więzadła krzyżowe i o tym nie wiedziałeś.
    2) "konieczność rozbratu z prawdziwym treningiem"
    Nie ma co narzekać, jak nie teraz to później. Tyle, że później może być gorzej.
    3) "zabiego może jest mało inwazyjny, ale odzyskanie pełnej sprawności zajmuje dużo czasu"
    Jak dużo czasu zabiera odzyskanie sprawności zależy od tego, co było robione podczas operacji. Jeżeli nic nie było z więzadłami to dosyć szybko - pare miesięcy to max. Jeżeli przeszczep (rekonstrukcja) więzadła to może być gorzej... Po rekonstrukcji ACL niby wraca się do treningów wyczynowych po roku średnio. Inna sprawa, że proces ligamentyzacji (zamieniania przeszczepu, czyli fragmentu ścięgna [bo czymś trzeba przeszczepiać]) trwa 2-3 lata... Co nie znaczy, że nie można być sprawnym już po roku


    BTW: Moderatorzy, może naprawcie to edytowanie...
    Ostatnio edytowane przez Spinaker ; 16-10-09 o 01:47

Tagi dla tego wątku

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •  

Dołącz do nas na FB

Partnerzy

MMA odzywki sklep plany treningowe